wtorek, 4 października 2016

Cēsis - z wizytą na zamku kawalerów mieczowych.

Miał być Belgrad, później Skopje, Sofia, wreszcie po wielu perturbacjach celem wypadu na przedłużony ostatni weekend września stała się Ryga. Ta krótka notka nie będzie jednak o stolicy Łotwy, która choć piękna i warta uwagi, nie jest niczym niezwykłym jeśli chodzi o podróże, a o starym mieście znajdującym się o dwie godziny drogi od niej, w stronę granicy z Estonią (nota bene za kolejne dwie czeka już wspomniana granica), w którym znajdują się całkiem nieźle zachowane ruiny zamku zakonu kawalerów mieczowych.
Kieś (łot. Cēsis), bo o niej mowa, to niewielkie, ledwo siedemnastotysięczne miasteczko znajdujące się pośród malowniczych lasów Liwonii obecnie wchodzących w obręb parku narodowego Gauja, w przeszłości dość mocno związane z Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Dotarliśmy do niego wygodnym pociągiem za 3,5 euro, a powrót, równie wygodnym autokarem, którego kierowca raczył pasażerów wpadającymi w ucho piosenkami z jednej z miejscowych rozgłośni radiowych, kosztował nas 4,5 w unijnej walucie. Jeśli dodać do tego wstęp do naprawdę okazałego kompleksu zamkowego za 6 euro, to cena całodniowego wypadu z Rygi, nie licząc miejscowych przysmaków i naprawdę świetnego piwa, wydaje się rozsądna. 

Nie tak znowu wczesnym niedzielnym przedpołudniem na ryskiej stacji kolejowej wsiedliśmy do trochę odrapanego, ale wewnątrz bardzo schludnego bezprzedziałowego pociągu kursowego. Co warto zaznaczyć, pociąg wyposażono w darmowe i jako-tako działające wi-fi dla pasażerów. Wałówka na drogę: świeżutkie drożdżówki z budyniem, charakterystyczne słodkie serce z ciasta francuskiego, čebureksy (wszechobecny tam rodzaj bułko-pieroga z nadzieniem) z mięsem i miejscowy energetyk „Dynamit”. Na wyjazdach, tak jak nie ma abstynencji, tak nie ma i trzymania diety – zbyt wiele kulinarnych atrakcji by nas omijało (; Klientela w pociągu spokojna, nie licząc czworga młodych rosyjskojęzycznych, którzy przypomnieli mi trochę zapomniany arsenał przekleństw w tym pięknym języku. Widoki z okna – wspaniałe. Po około 15 minutach postsowieckiego i postindustrialnego pejzażu, za oknem zaczęły malować się pagórkowate lasy o bogatym poszyciu, niewielkie jeziora, miejscami moczary, a co jakiś czas małe osady i miasteczka z przewagą domów z drewna – i tak już do samej Kiesi. Po drodze przejeżdżaliśmy również przez miasteczko Sigulda, w którym również znajduje się godny uwagi zamek, jednak nie wystarczyło nam czasu, aby go zwiedzić.

Samo miasteczko Kieś, podobnie zresztą jak Ryga, wydaje się połączeniem współczesności i stanu sprzed przynajmniej kilkudziesięciu lat. Stare kamieniczki, brukowane ulice i niezbyt zadbane drewniane elewacje budynków kontrastują z całkowicie „europejską” (tfu) współczesną infrastrukturą, bankomatami, sklepami z drogą odzieżą czy meblami i nielicznymi, acz dość luksusowymi jak na małe miasto lokalami. Na Łotwie często, co u nas raczej niespotykane, drogie sklepy znajdują się w całkowicie zapuszczonych budynkach o elewacji nietkniętej długimi latami. 


Kompleks zamkowy znajduje się niecały kilometr od stacji kolejowej/autobusowej i składa się z ruin zamku zakonnego, nowego zamku z końca XVIII wieku oraz dość obszernego ogrodu zamkowego. Zwiedzanie ruin starego zamku w swobodnym tempie zajmuje niecałą godzinę, razem z przystankami na zdjęcia i czytanie informacji na dość licznych tablicach – w języku angielskim i łotewskim. Można się z nich było dowiedzieć podstawowych faktów o historii zamku, przeznaczeniu komnat, czy oblężeniach (w tym okupionym poważnymi zniszczeniami oblężeniu przez Iwana Groźnego i wysadzeniu się ok. 300-osobowej załogi garnizonu w powietrze aby nie dopuścić do przejęcia zamku, oraz dotkliwych zniszczeniach dokonanych przez Rosjan podczas Wielkiej Wojny Północnej), etc. Przed wejściem do wieży otrzymaliśmy w miarę autentyczne latarnie od dwojga młodych sympatycznych pracowników ubranych we wczesne odzienie. Wnętrze wieży jest faktycznie nieoświetlone i wspinanie się w górę po wąskich schodkach z bladym światłem latarenki było całkiem klimatycznym dodatkiem do zwiedzania i tak budzącego zachwyt zamku. Widok z zadaszonej wieży na jesienny pejzaż miasta z XIII-wiecznym kościołem św. Jana i okoliczne lasy był zdecydowanie wart całodniowej wyprawy, a czekał nas później jeszcze lepszy widok z – już nie zadaszonej – wieży nowego zamku.


Nowy zamek zwiedziliśmy dość pobieżnie – ilość komnat, eksponatów, wystaw i informacji zawartych w wielojęzycznych przewodnikach jest porażająca (warto jednak zaznaczyć, że część informacji jest niedostępna w językach zachodnich) i aby się w nie wgłębić, potrzeba by poświęcić przynajmniej pół dnia. Z ciekawszych eksponatów można wymienić archiwum pieczęci, rekonstrukcję biblioteczki pełną starych ksiąg na drewnianej antresoli w wieży, czy mnóstwo eksponatów związanych z Kiesią i regionem, datowanych od pojawienia się tam ludzi aż po czasy współczesne – w tym broń, ozdoby, biżuteria, sztućce, wyroby i narzędzia codzienne oraz luksusowe, eksponaty w salce muzycznej i wiele więcej. Istotną częścią kompleksu zamkowego jest świetnie zadbany ogród, z pokaźnym stawem, dużą ilością rzeźb. Góruje nad nim niewielka Cerkiew Przemienienia Pańskiego, której niestety nie udało nam się zwiedzić. Później już tylko „jedno małe” (ciemny Mežpils) w promieniach zachodzącego słońca na niewielkim skwerku przy kościele św. Jana i trzeba było udać się w drogę powrotną do Rygi.


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz