sobota, 1 sierpnia 2015

Korona Gór Polskich biegiem - Część I - Sudety

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z łazikowaniem po górach i szwendałem się z ciężkim 25-kilowym plecakiem po Karkonoszach zobaczyłem gościa, który biegł sobie po głównym szlaku tego pasma górskiego. W mojej głowie zrodziła się wtedy tylko jedna myśl – ALE POJEB. Przypomniałem sobie o tej sytuacji przy okazji tegorocznej imprezy biegowej Chojnik Maraton, w której miałem przyjemność brać udział i której część trasy zahaczała właśnie o główny szlak w Karkonoszach

Pomysł zdobycia Korony Gór Polskich w jednym sezonie chodził już za mną od dłuższego czasu, ale z racji, że na większości szczytów z listy już byłem, postanowiłem wymyślić coś innego. Z racji mieszkania nad morzem, rzadko mam okazję do biegania po górach, postanowiłem więc na każdy ze szczytów wbiec. Kilka dni po tym, jak wpadłem na ten pomysł dostałem od znajomego linka, z którego dowiedziałem się, że rekord zdobycia Korony Gór Polskich to 76 godzin. Taki wynik robi wrażenie, ja jednak nie mam zamiaru lecieć na rekordy i na spokojnie zdobyć wszystkie ze szczytów. Na pierwszy rzut zaplanowałem zdobyć 16 gór leżących w Sudetach. 


Dzień 1

1. Masyw Ślęży – Ślęża (718 m n.p.m.)


Przy okazji wizyty u znajomych we Wrocławiu na Pikniku Historycznym, udało mi się ich namówić na odwiedzenie razem pierwszego miejsca. Po kilku propozycjach wybór padł na Ślężę. Na samym szczycie nigdy nie byłem, ale miałem okazje brać kiedyś udział w biegu w tych okolicach, miałem więc wstępnie rozeznanie w terenie. Z racji pierwszego dnia, potraktowałem ten bieg jako rozgrzewkę. W Sobótce przy schronisku PTTK wyskoczyłem z samochodu i po szybkiej rozgrzewce rozpocząłem swoje podboje. Pod górę miałem do pokonania dystans około 4 kilometrów, a przewyższenie lekko przekroczyło 400 m. Niektóre momenty znacznie mnie spowolniły i na górze zameldowałem się po około 40 minutach. U góry chwilę poczekałem na resztę ekipy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i zbieg na dół do Tąpadeł zajął mi około 15 minut. Teraz czas na zasłużony relaks w Chwałkowie, o którym możecie przeczytać w innym wpisie na naszym blogu i autobusem dojeżdżam do Szklarskiej Poręby, gdzie udaje się na nocleg do schroniska, z którego rozpocznę atak na kolejne szczyty następnego dnia.


Dzień 2

2. Góry Izerskie – Wysoka Kopa (1126 m n.p.m.)


Dzień zaplanowałem bardzo intensywnie, bo za cel wybrałem trzy szczyty z dość długimi podbiegami, a dodatkowo tego dnia poruszać się musiałem komunikacją publiczną, z całym dobytkiem na plecach, co nie dość, że zajęło dużo czasu, to jeszcze dodatkowo wymęczyło. 
Pobudka o 5 rano, szybka kawa, małe śniadanie w postaci owsianki z mlekiem w proszku, rozgrzewka i chwilę po 6 ruszam już w trasę. Już na samym początku zagapiłem się i niepotrzebnie zbiegłem w stronę miasta, co poskutkowało dodatkowymi 2 kilometrami, ale można uznać to za dodatkową rozgrzewkę. Wysoka Kopa, to pierwszy szczyt, który nie leży bezpośrednio na szlaku. Można się na niego dostać skręcając z głównego szlaku na wąską ścieżkę, by po kilku minutach znaleźć się w najwyższym punkcie masywu. Na górze melduje się po około półtora godziny biegu. Większość trasy, jak to w Izerach, biegnie po lesie. Z ciekawszych miejsc można tu spotkać jedynie kopalnię kwarcu „Stanisław”. Podsumowując pokonanie ponad 16 kilometrów i ponad 500 metrów podbiegu zajęło mi nieco ponad 2 godziny. Po godzinie 8 melduję się w schronisku, gdzie po szybkim posiłku lecę do „miasta” na autobus do Karpacza, by stawić czoła następnej górze.



3. Karkonosze – Śnieżka (1602 m n.p.m.)


W Karpaczu staram się jak najszybciej znaleźć miejsce, gdzie mogę zostawić plecak, co wcale nie jest takie łatwe, bo odmówiono mi w dwóch miejscach (opaliłem się mocno więc może wyglądałem na terrorystę z bombą w plecaku). Jednak według powiedzenia „do trzech razy sztuka” udaje mi się zostawić plecak w kawiarni tuż obok przystanku PKS. Śnieżka to jedna  z bardziej wymagających gór z Korony Gór Polskich, jeżeli chodzi o przewyższenia. Mamy tu do pokonania prawie 800 metrów podbiegu na niespełna 6 kilometrach. Szlak od Karpacza przez pierwsze 3 kilometry idzie bardzo łagodnie w górę, co nie jest wcale dobrym zwiastunem, bo jak łatwo się domyśleć większość przewyższenia pokonujemy w ostatnich trzech kilometrach trasy. Trafiłem niestety na największe upały tego lata i temperatura sięgała 35 stopni, co tylko motywowało do szybszego biegania, bo jak wiadomo im wyżej, tym chłodniej. Na Śnieżce, jak to na Śnieżce, pogoda zupełnie inna niż na dole, bo wieje niesamowicie mocny wiatr i z powodu mgły absolutnie nic nie widać. Robię szybkie zdjęcie i zbiegam na dół mijając tabuny turystów przypominających pielgrzymkę na Jasną Górę. Całość trasy, czyli około 13 kilometrów zajęła mi niecałe 2 godziny, co przy znacznym przewyższeniu, temperaturze nie do zniesienia i fakcie, że był to już drugi bieg tego dnia uważam za całkiem niezły wynik. W Karpaczu znowu pora na szybki posiłek i szukanie transportu pod następny szczyt, tym razem Skalnik w Rudawach Janowickich, który zdobywam z miejscowości Bukowiec.




4. Rudawy Janowickie – Skalnik (945 m n.p.m.)



Bukowiec to wiocha zabita dechami, ale tu nie mam już żadnego kłopotu z zostawieniem dobytku w jedynym sklepie w okolicy - pod warunkiem powrotu przed 18. Tutaj po przebiegnięciu prawie 30 kilometrów i przebyciu dodatkowych kilku ze sporym bagażem na plecach zaczynałem odczuwać lekkie zmęczenie w nogach, a przede mną kolejne 15 kilometrów biegiem  i jeszcze trzeba znaleźć transport do Jeleniej Góry. Tutaj trasa trochę łatwiejsza, bo przez całe 7 kilometrów pod górę biegnie się z podobną intensywnością, jest tylko kilka momentów, w których znacznie zwalnia się na stromiznach, ale oprócz tego prawie nie czuć tych 550 metrów podbiegu. Skalnik to kolejny szczyt, którego najwyższy punkt nie leży na szlaku i trzeba go troszeczkę poszukać. Początkowo zdjęcie zrobiłem na punkcie widokowym, ale potem znalazłem jeszcze wierzchołek, lecz byłem już zbyt zmęczony żeby się zatrzymywać i wyciągać aparat, więc po prostu popędziłem z powrotem do Bukowca bez przystanków, bo bałem się, że padnę gdzieś po drodze. Następnie zostało mi już tylko podejść kilka kilometrów na przystanek do Jeleniej Góry (bo ostatni bus z Bukowca mi uciekł), a następnie jeszcze kilka kilometrów w samej Jeleniej, żeby znaleźć jakiś nocleg. Podsumowując, przebiegłem tego dnia prawie 50 kilometrów z kilkugodzinnymi przerwami na chodzenie i dojeżdżanie z miejsca na miejsce i jedyne o czym myślałem to ugotowanie czegoś dobrego i sen!


Dzień 3

5. Góry Kaczawskie – Skopiec (724 m n.p.m.)


Z racji sporego dystansu dzień wcześniej, planuje tego dnia się nie przemęczać i zdobyć dwa proste szczyty. Na pierwszy rzut idzie Skopiec w Górach Kaczawskich. PKS-a mam dopiero po godzinie 10, mam więc czas żeby się wyspać i zjeść porządne śniadanie. Zostawiam plecak w skrytce na dworcu w Jeleniej i lecę do Wojcieszowa, gdzie czeka mnie krótka, licząca 7 kilometrów trasa, kończąca się w Komorowie. Tutaj mamy kolejny szczyt znajdujący się kilka minut od szlaku, jest on jednak bardzo dobrze oznaczony i nie ma najmniejszego problemu z odszukaniem go. Po 50 minutach biegu czekam już na busa do Jeleniej Góry w towarzystwie 74-letniego towarzysza, który podobnie jak ja zdobywa Koronę Gór Polskich. Dalej zmierzam do Wałbrzycha, gdzie czeka na mnie drugi zaplanowany na dziś szczyt. W Wałbrzychu mam też bazę wypadową i kierowcę na następne kilka dni.




6. Góry Wałbrzyskie – Chełmiec (851 m n.p.m.)


Na wieczór zaplanowałem jeszcze szybką przebieżkę na Chełmiec, czyli godzinna trasa, gdzie na nieco ponad 7 kilometrach do pokonania mamy 360 metrów przewyższenia. Brzmi prosto i przyjemnie,  ale po kilometrach z dnia poprzedniego wcale nie jest to tak przyjemne jak powinno, ale staram się pokonać trasę jak najszybciej, żeby zobaczyć się ze znajomymi,  których dawno nie miałem okazji widzieć. Szlak na Chełmiec jest bardzo dobrze oznaczony, zresztą ciężko się zgubić w tej okolicy. Na górze szybkie zdjęcie i powrót na dół, gdzie czekają na mnie już znajomi.


Dzień 4

7. Góry Bystrzyckie – Jagodna (977 m n.p.m.)


Od tego momentu idzie o wiele łatwiej i przyjemniej, a to za sprawą kolegi, który wozi mnie pod każdy szczyt, dzięki czemu mogę oszczędzić kupę czasu. Czwarty dzień rozpoczynam podjeżdżając samochodem pod schronisko PTTK Jagodna. Do pokonania tylko 6,5 kilometra i ledwo ponad 150 metrów podbiegu, co przy wcześniejszych biegach wydaje się zwykłym spacerkiem. Trasa większość czasu biegnie szeroką drogą, gdzie łapie mnie dość mocna ulewa. Na górze znowu trzeba odbić lekko ze szlaku, aby zdobyć najwyższy punkt i wracam na dół tą samą drogą.


8. Góry Orlickie – Orlica (1084 m n.p.m.)


Tu znowu łatwa trasa, bo tylko 4 kilometry i 150 metrów podbiegu, jednak cały czas leje deszcz i widoczność jest praktycznie zerowa, przez co kilka razy udaje mi się zgubić i mam małe problemy ze zlokalizowaniem szczytu. Z powodu pogody lecę szybko na dół, gdzie wsiadam w samochód i kończę bieganie na dziś, bo jestem całkowicie przemoczony.


Dzień 5

9. Góry Bardzkie – Kłodzka Góra (765 m n.p.m.)


Następnego dnia, pomimo nieciekawych prognoz pogody postanowiłem zdobyć cztery niezbyt wymagające szczyty. Na pierwszy rzut poszła Kłodzka Góra w Górach Bardzkich. Najciekawszy szlak na szczyt prowadzi z parkingu leśnego niedaleko miejscowości Podzamek. Krótka, bo niespełna 6-kilometrowa trasa prowadząca na szczyt i z powrotem to dla mnie właśnie wszystko to, o co chodzi w biegach górskich, czyli ciężki podbieg na pierwszych dwóch kilometrach, a potem zaliczanie na zmianę małych szczytów i przełęczy. 350 metrów podbiegu i 6 kilometrów trasy zajęło mi niecałe 45 minut, a więc o przyzwoitej godzinie wsiadam w samochód i lecę w następne miejsce. Niestety ten krótki bieg będzie i tak najdłuższym tego dnia.



10. Góry Stołowe – Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.)


Na następny rzut idzie najkrótsza trasa, czyli Szczeliniec w Górach Stołowych. Kto wchodził na Szczeliniec z parkingu w Karłowie, ten wie ile jest tam ludzi i jak krótka jest to trasa, nie ma tu za wiele do opisywania. Szybki wbieg po skalnych schodach z przeciskaniem się przez tłumy turystów, szybkie zdjęcie i zbieg tą samą trasą.


11. Góry Sowie – Wielka Sowa (1015 m n.p.m.)


Wielką Sowę miałem okazje odwiedzać już kilka razy i dobrze wiedziałem, że od parkingu w Rzeczce będą na mnie czekały 2 konkretne podbiegi, oba po około 130 metrów na 1-kilometrowych odcinkach.  Niby krótka trasa licząca sobie około 5,5 kilometra pozwala się nieźle wymęczyć. Po niespełna 45 minutach melduje się na dole i jadę w ostatnie miejsce zaplanowane na dzisiejszy dzień.


12. Góry Kamienne – Waligóra (936 m n.p.m.)

W Górach Kamiennych wybieram najszybszy szlak, który okazuje się morderczy, bo spod schroniska PTTK Andrzejówka na 300 metrach zdobywam około 130 metrów przewyższenia. Zbiegam już troszkę na około, ale całość trasy i tak nie przekracza trzech kilometrów. Piątego dnia zdobyłem więc cztery szczyty, co brzmi dość poważnie, jednak suma tras ledwo przekracza 15 kilometrów.




Dzień 6

13. Góry Bialskie – Rudawiec (1112 m n.p.m.)
14. Góry Złote – Kowadło (989 m n.p.m.)


Te dwa szczyty postanowiłem zdobyć za jednym razem, bo leżą bardzo blisko siebie i z miejscowości Bielice można je zaliczyć w przyjemnej mierzącej około 13,5 km trasie. Skoro świt wyjechałem samochodem z Wałbrzycha i po 2 godzinach jazdy lecę już zielonym szlakiem na Rudawiec. Trasa pnie się cały czas lekko pod górę (no może czasami „lekko” przechodzi w „mocno”). Pogoda w sam raz do biegania, bo dzięki wczesnej godzinie udaje mi się uniknąć upałów. Cały czas szlak biegnie przez las, po drodze spotykam tylko jedną rodzinę, u góry robię standardowo zdjęcie i tą samą trasą wracam zdobyć jeszcze Kowadło. Tutaj szlak prowadzi głównie przez szutrową drogę, by na ostatni odcinek wejść w las, gdzie… atakuje mnie pies. Nie wiem skąd on się tam wziął, ale trochę na niego pokrzyczałem i udało mi się go spłoszyć. Dzień wcześniej się trochę oszczędzałem, a więc mogłem trochę przyspieszyć i do samochodu wsiadam już po nieco ponad półtora godziny.



15. Masyw Śnieżnika – Śnieżnik (1425 m n.p.m.)


Ostatnim punktem tego dnia był Śnieżnik, czyli drugi, co do wysokości szczyt z Korony Gór Polskich w Sudetach.  Dokładnie 2 godziny zajęło mi przebycie 15 kilometrów i 750 metrów przewyższenia. Jest to kolejny szczyt, na który biegło się bardzo przyjemnie, cały czas pod górę. Bieg rozpocząłem i zakończyłem w Kamienicy, udało mi się jednak uniknąć zbiegu tym samym szlakiem. W pierwszą stronę większość trasy biegła leśnymi ścieżkami łagodnie pod górę, natomiast w dół prowadziła głównie szutrowa i dość stroma droga, a więc udało mi się wybrać chyba najlepszy wariant jeżeli chodzi o trasę. Szkoda tylko, że na górze strasznie wiało i nie chciało mi się posiedzieć trochę na samym szczycie, bo nie miałem jeszcze okazji zdobywać Śnieżnika, a roztaczają się z niego całkiem ciekawe widoki.


Dzień 7

16. Góry Opawskie – Biskupia Kopa (890 m n.p.m.)


Ostatni dzień wyglądał już nieco inaczej, bo Góry Opawskie znajdują się daleko od Wałbrzycha, zaplanowałem więc dojechać na miejsce komunikacją publiczną, zostać na noc i dzień później wracać do domu. Do wsi Jarnołtówek dojechałem z dwoma przesiadkami. Samo zdobycie szczytu też wyglądało nieco inaczej, ponieważ postanowiłem nocować w schronisku PTTK Pod Biskupią Kopą, które znajduje się bezpośrednio pod szczytem, a więc tym razem wszedłem na górę żeby… zbiec i wbiec. Była to chyba jedna z ciekawszych tras, bo niedawno przez okolicę musiały przejść silne wiatry, bo wszędzie leżały powalone drzewa, co w połączeniu z licznie występującymi skałami i kamieniami tworzyło sporo  naturalnych barier i przeszkód. Trasa liczyła niecałe 10 kilometrów, 550 metrów przewyższenia i z lekkim zabłądzeniem i omijaniem przeszkód zajęła 1 godzinę i 20 minut. Tym samym późnym sposobem udało mi się zdobyć wszystkie zaplanowane góry w tydzień i mogłem resztę wieczoru poświęcić na jedzenie i czytanie, a nawet strzelenie sobie piwka (bezalkoholowego).


 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz