Dojść tam z Wisły to niby nic szczególnego, dwie - dwie i pół godzinki marszu i to wszystko. Tak przynajmniej jest przy sprzyjających warunkach pogodowych. Ja miałem natomiast zawieje śnieżne co piętnaście minut i nieprzetarte szlaki. Przygotowałem się całkiem porządnie na taką ewentualność, do plecaka miałem przytroczone raki i rakiety śnieżne, a w ręku czekan. Ten ostatni prawie się nie przydał ze względu na niezbyt ostre kąty podejścia natomiast reszta sprzętu jak najbardziej. Tam gdzie było bardziej stromo, a starszy ubity śnieg był przykryty warstwą świeżego przydawały się raki. Szło się w nich znacznie pewniej i wygodniej. Oczywiście trzeba było nieco szerzej stawiać nogi, żeby sobie przypadkiem nie zrobić dziury w stopie, ale do tej drobnej niedogodności szybko przywykłem. Bez raków stopy mi się ześlizgiwały i musiałem wkładać dużo więcej wysiłku w utrzymanie się w pozycji wertykalnej.
Widoczność w czasie marszu mnie nie rozpieszczała, czasem było widać sąsiednie wzgórze, czasem tylko tuman padającego śniegu w promieniu 30 metrów, mimo to nie miałem powodów do narzekań, wyprawa dzięki temu nosiła choć śladowe oznaki wyzwania, a nie jedynie wycieczki rekreacyjnej, bo niestety raczej do takich przywykłem w Beskidach. Do schroniska dotarłem około południa, czyli po ponad trzech godzinach wędrówki. Odpocząłem sobie w cieple i przy gorącej herbacie, przesuszyłem przepocony ocieplacz na gazowym piecyku stojącym obok ławek i pora mi było zbierać się w drogę na dół. Ruszyłem w stronę Wielkiego Stożka i nieco przed nim odbiłem na pomarańczowy szlak wracający do Wisły, z pomarańczowego skręciłem na niebieski, żeby jeszcze trochę uprzyjemnić sobie drogę i to był całkiem fajny pomysł. Po drodze przypadkiem spotkałem starszego pana jadącego na saniach ciągniętych przez konia. W czasach mojego odległego dzieciństwa był to widok zwyczajny i oczywisty, w dzisiejszych czasach rzadki i niecodzienny. Pogawędziłem sobie trochę z tym sympatycznym człowiekiem i była to ostatnia ciekawostka tego dnia. Znowu wracałem do domu zmęczony, ale szczęśliwy, powoli planując już kolejny wypad.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz